Ostatnie wpisy
+48 605 24 24 20
fantour@fantour.eu
+48 605 24 24 20
Top
FanTOUR / Nasze Podróże  / Malezja  / Perhentian
Perhentian Islands - Perhentian

Perhentian

Malezja Artykuły

Malezja. Truly Asia. Prawdziwa Azja

Podgrzewacz malezyjskich dusz

George Town. Ulice zamieszkane przez sztukę

Perhentian Islands Dzień po Dniu

Korea południowa, Seul – Malezja, Perhentian Islands

10 kwietnia 2019

 

Na malezyjskie wyspy Perhentiany lecimy z Korei Południowej, a dokładnie z Seulu. Jednak nie tak od razu i nie zawsze lecimy. Początkowo wyglądało to na dość skomplikowaną kombinacje środków transportu jak na jeden dzień, jednak okazało się bardzo proste i poszło sprawne. Z Seulu lecimy najpierw do Kuala Lumpur liniami lotniczymi Air Asia (ponad sześciogodzinny lot, za to wczesny, więc po prostu dosypiamy). Tam przesiadamy się na inny samolot tych samych linii, którymi dolatujemy do Sultan Ismali Petra na lotnisko Kota Baru (55 minut). Na lotnisku wsiadamy do autobusu, który przewozi nas do portu w Kuala Besut (1,15 godziny, kursuje 3 razy dziennie). W porcie wsiadamy na motorową łódeczkę, która finalnie wysadza nas po 45 minutach na Pulu Perhentian Kecil

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 28 of 36 1024x683 - Perhentian

Widok na przystań na Coral Bay Beach

 

Można wysiąść na co najmniej trzech przystaniach: na Coral Bay Beach, na Long Beach oraz w wiosce głównej. Dlatego warto wiedzieć wcześniej, gdzie się chce za mieszkać. Co prawda dramatu nie ma, ponieważ zawsze przy przystani można zamówić wodną taksówkę do innej destynacji, jednak to już dodatkowy koszt. My wysiadamy na Coral Bay Beach

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 15 of 36 1024x683 - Perhentian

Coral Bay Beach

Stąd już piechotą idziemy szukać jakiejś chatki na piasku. Nie mieliśmy tu wcześniej rezerwacji, ponieważ koniecznie chcieliśmy beach front bungalow z widokiem na ocean, stojący na samej piaszczystej plaży w odległości od morza nie dalej niż 50 metrów. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 14 of 36 1024x683 - Perhentian

Coral Bay Beach

 

Już z łódki rzucił nam się w oczy sympatyczny kompleks domków, najładniejsze na tej plaży, czyli Senja Bay Resort. Posadowiony przy zielonej skarpie, najdalej od przystani. Te bliżej portu były zlokalizowane za restauracjami, sklepami czy centrami nurkowymi. Nasze nie. Co prawda wieczorami obsługa wynosiła stoliki przed restauracje na plażę, ale stanowiło to jedynie dodatkową frajdę. Noclegi były tu niestety najdroższe, jednak zdecydowanie warte swojej ceny. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 7 of 36 1024x683 - Perhentian

Resort w którym się zatrzymaliśmy

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 4 of 36 1024x683 - Perhentian

Chatki z widokiem

 

Chatki w środku bardzo proste, z prostą łazienką, wysprzątane trochę po ‘azjatycku’. Za to ganek z widokiem na plażę i leżaki przy samych falach – bezcenne!

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 6 of 36 1024x683 - Perhentian

Widok z naszego domku

 

Restauracja naszego resortu miała też najdroższe menu, ale nikt nie każe tam jeść. Na posiłki chodziliśmy najczęściej do położonej 200 metrów dalej restauracji xxx z bardzo wyluzowanymi i uśmiechniętymi kucharzami i kelnerami. Zaraz obok położony był jedyny na Coral Bay Beach bar z piwem oraz jakimś skromnym wyborem innych alkoholi. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 13 of 36 1024x683 - Perhentian

Restauracja rozkładana na kolacje

 

Ceny piwa w barze mocno restauracyjne. Jednak po 18.00 ze swojej dziennej pracy (czyli etatu wodnego taksówkarza) schodził sympatyczny pan z dwiema ogromnymi lodówkami pełnymi zimnego Tigera

Nikt z ‘restauratorów’ (wymagany cudzysłów, ponieważ to były plastikowe stoliki przykryte, lub nie, ceratą z otwartymi rybnymi grillami, wokami ze smażonym makaronem, garami z wrzącą ryżową zupą) nie miał żadnego problemu, żeby sobie takie piwo przynieść do jego restauracji. Oni drogiej licencji na sprzedaż alkoholu (w Malezji droższa nawet niż w Singapurze) nie wykupili, a dla turystów na wakacjach w tropikach jest to często kluczowy warunek wyboru, gdzie zainwestują w kolację. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 3 of 36 1024x683 - Perhentian

Coral Bay Beach

Na naszej plaży wszyscy się znali. Naganiali sobie wzajemnie gości (zamiast ich podkradać). Ogólnie panowała bardzo przyjazna i wyluzowana atmosfera.

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 5 of 36 1024x683 - Perhentian

Coral Bay Beach

 

Tego dnia już nigdzie dalej nie poszliśmy, delektując się atmosferą, oceanem, zachodem słońca. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 12 of 36 1024x683 - Perhentian

Coral Bay Beach

 

Bardzo miła odmiana po hałaśliwym Seulu. To była bardzo dobra decyzja, żeby nie robić przystanku w równie tłocznym Kuala Lumpur, tylko od razu zmierzać na wyspy.

ZDJĘCIE

Malezja, Perhentian Islands

11 kwietnia 2019

 

Dziś robiliśmy mniej więcej tyle.

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 1 of 36 1024x683 - Perhentian

Dręczeni wyrzutami sumienia, posłuchaliśmy rady pani kelnerki w restauracji i wybraliśmy się na spacer na drugą stronę wyspy, czyli plażę Long Beach. To najdłuższa, najruchliwsza i najpopularniejsza plaża na Pulu Kecil. Robiło się już powoli późno, więc nie mieliśmy szans do niej dojść i wrócić przed zmrokiem. Nie chciało nam się cofnąć te 200 metrów do chatki po czołówki, zaczynająca się betonowa dróżka rokowała bardzo dobrze, więc jak to, my nie damy rady? 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 20 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

I tu czekało nas parę zdziwień.

Rzeczywiście dróżka betonowa na początku była całkiem porządna, jednak po parudziesięciu metrach jej jakość zaczęła pozostawiać bardzo wiele do życzenia. Oferowała wyzwania w postaci nierównych i pokruszonych schodów. Spadające mokre liście czyniły z niej całkiem skuteczną zjeżdżalnie. Na sporych odcinkach była zupełnie nieoświetlona. Zdarzało się, że się nagle rozwidlała, a obie strony prowadziły w ciemność. O drogowskazach należy oczywiście zapomnieć. Życie uratowały nam latarki w telefonach działających już właściwie na oparach.

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 16 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

Kolejne zdziwienie dotyczyło zagospodarowania terenu. Przyzwyczajeni, że drogi na przełaj przez tak małe wysepki są zwykle leśne i puste, napotykaliśmy na całe kompleksy hotelowe. Pomimo, że wyposażenie pokoi na 100% miało znacznie wyższy standard niż na plaży, to warunki do wypoczynku na świeżym powietrzu znacznie gorsze. W dżungli powietrze po prostu stoi w miejscu, jest gęste jak smoła, a człowiek jest od razu mokry. Pocieszający jest fakt, że nie ma absolutnie dramatu z odległością od plaży. Cała droga, z jednego brzegu wyspy na drugi, zajmuje może 15 – 20 minut. Więc trzeba się zastanowić, kto co bardziej lubi. Wyspać się w klimatyzowanym, wygodnym pokoju i przejść się z te kilkaset metrów na plażę? Czy spać w drewnianym domku ze szparami, przez który wyraźnie słychać szum fal, a od własnej łazienki do morskiego nura dzieli zaledwie 50 metrów. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 21 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 24 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

Plaża Long Beach okazała się być rzeczywiście kilka razy dłuższa od Coral Bay Beach. Jednak już z daleka słychać było knajpy z drażniącą (przynajmniej nas) muzyką. Tam zdecydowanie jest bardziej imprezowo.

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 26 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

Kolejny minus, w stosunku do Coral Bay Beach, to znacznie większa ilość łódek przycumowanych do brzegu, co ogranicza przyjemną kąpiel wpław. Mieszka tu o wiele więcej turystów, którzy wybierają się na całodniowe wycieczki snorklingowe, chcą zwiedzić większą siostrę Pulu Besar, czy przedostać się bez wysiłku na inną plażę. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 22 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

Przeszliśmy się nią jedynie do połowy i zawróciliśmy, postanawiając dać jej szanse za dnia, kiedy turyści będą mieli więcej możliwości do znalezienia sobie zajęcia niż tylko restauracje i głośne bary.

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 18 of 36 1024x683 - Perhentian

Long Beach

 

Na Coral Bay Beach już tylko bar był względnie zapełniony. Przy czym muzyka cicha, ambientowa. Siedzieli tam głównie nurkowie, dzielący się wrażeniami ze swoich dzisiejszych nurów. 

My, zakupiwszy po Tigerku, podzieliliśmy się swoimi na własnym ganku.

 

Perhentian Islands (Perentiany)

12 kwietnia 2019

 

Po porannych plażowych rytuałach (Internet, śniadanie, poranny skok do oceanu, odrobina książki na leżaku) wybraliśmy się ponownie na Long Beach. Tym razem spacer podobał nam się znacznie bardziej. Zapewne przede wszystkim dzięki słoneczku, które doświetliło przestrzeń. Zamiast totalnych ciemności zobaczyliśmy nawet trzy warany w dżungli po drodze. Jeden taki solidny, że mógłby być zakwalifikowany jako małe komodo. Powyłaziły z mroku domki lokalnych mieszkańców, szkoda tylko, że razem z plastikowymi zbiorniki na wodę, które strasznie psują krajobraz. Pojawiły się również niestety śmieci. 

Kiedy wybieraliśmy się kilka lat wcześniej po raz pierwszy do Malezji, bardzo zniechęciły nas do Perhentianów relacje innych ‘tambylców’, straszące pływaniem z wszechobecnymi śmieciami. Ostatecznie wyspy wyleciały z planu. Tym razem postanowiliśmy je sprawdzić. Na plażach nie zauważyliśmy śmieci w ogóle. Tym bardziej w krystalicznie turkusowej wodzie. Niestety całkowicie nie zniknęły. Są w centrum. Być może właściciele nauczyli się dbać o swoje interesy sprzątając plaże. Jednak do dżungli, gdzie zagląda zdecydowana mniejszość gości, ciągle wywalają plastikowe butelki czy połamane wiadra. Turyści tego nie przywieźli. Morze też nie wyrzuciło. 

Tym razem przeszliśmy całą Long Beach. Na końcu plaży stoi wypasiony hotelowiec z basenami, a przed nim miło i bardzo drogo wyglądająca knajpa. Tu musiało być piwo. I było. 

Zostawiliśmy nieprzyzwoity rachunek za lunch i postanowiliśmy wracać do siebie, z przerwą na krótką kąpiel. Łodzi i turystów na plaży też mniej. Wypłynęli na wycieczki. 

Rozochoceni tym krótkim spacerem i pysznym, przepłaconym lunchem, postanowiliśmy sprawdzić, co takiego znajduje się za naszą zieloną skarpą. Prowadziła tam ścieżka w dżungli, w której co chwilę ktoś znikał, więc musiało być coś ciekawego. 

I to był dopiero spacer! Otóż ścieżka prowadziła do wioski. Jednak zanim się tam dotarło, odkrywa się skrywane w lesie urocze chatki

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 30 of 36 1024x683 - Perhentian

Laguny

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 29 of 36 1024x683 - Perhentian

Skrywane przy nich restauracyjki. Całkiem spore i gwiazdkowe hotele

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 31 of 36 1024x683 - Perhentian

 

Przepiękne widoki

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 32 of 36 1024x683 - Perhentian

 

Ale też morderczy wysiłek. Spacer na Long Beach, nawet w nocy, to bułka z masłem. Ta trasa jest znacznie dłuższa i mordercza. Upał niemiłosierny, a człowiek ciągle musi iść w górę, w dół, w górę w dół. 

Nie wiem, ile nam to zajęło (z przerwą na posilenie się w restauracji oraz kilkoma przerwami na krótkie ochłodzenie się w lagunach), ale na pewno ładnych parę godzin. Po dojrzeniu na horyzoncie wioski, wiedzieliśmy jedno: wracamy stamtąd wodną taksi.

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 34 of 36 1024x683 - Perhentian

Wioska

 

Wioska, jak wszystkie wioski na takich wysepkach, urocza. Biegają kury, gonią je ciekawskie, bose dzieciaki. Gospodynie myją gary na podwórkach. Taki standard. 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 33 of 36 1024x683 - Perhentian

Wioska

 

W centrum już bardziej miejsko i na bogato. Jest przystań. Jest okazały meczet. Są wodne taksówki. Dogadujemy się z panem, który sam nas zaczepił, żeby zorganizował nam jakąś łódkę. Zorganizował w ciągu 10 minut kogoś, kto w sprawach ‘służbowych’ i tak płynął w tamtą stronę. Nasza opłata była jedynie dodatkiem. Nie szkodzi.

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 35 of 36 1024x683 - Perhentian

Port

 

Płynąc, zobaczyliśmy od strony oceanu, jaki kawał przeszliśmy! 

 

Malzezja Perhentian Islands FanTOUR 36 of 36 1024x683 - Perhentian

Meczet

 

Zobaczyliśmy też jak piękna jest to wyspa.

Taksi podwiozła nas ‘pod drzwi’. Cudowny pan. Mieliśmy do pokonania jedynie 50 metrów w linii prostej po plaży na nasz ganek, zamiast jakichś 350 z przystani. Uwielbiam malezyjskich (z całym szacunkiem) ‘wieśniaków’. 

Mieliśmy jeszcze iść zobaczyć, co jest po drugiej stronie naszej przystani, mieliśmy popłynąć na jakiś popołudniowy snorkling. Skończyło się leżakami pod palmą i leżakowaniem w turkusowej wodzie. 

W rezultacie nasze kompetencje w sprawie raf i podwodnego królestwa Perhentianów są zerowe. Przy brzegu żadnego szału nie ma. Z dalszych rejsów ludzie wracają zachwyceni. Niestety my ani nie potwierdzimy, ani nie zaprzeczymy. 

Za to Coral Bay Beach polecamy. My odpoczęliśmy bardzo, czuliśmy się swojsko. Czy polecamy inne części Pulu Kecil – trochę mniej. Jednak trzeba przyznać, że wyspy w tej części świata są naprawdę piękne. 

Rezerwujemy bilety w recepcji na łódź do Kuala Besut i autobus do Kuala Lumpur w recepcji naszego resortu. Pani wszystko wie, pani wszystko załatwi. Idziemy pożegnać się z wyspą.

 

Perhentian Islands – Kuala Lumpur

13 kwietnia 2019

 

Podróżowanie bez przygód może być nudne. No to my atrakcji dziś mieliśmy co niemiara.

Najpierw łódka, która miała nas zabrać z wyspy z Perhentian Kecil na stały ląd o godzinie 7.30 przypłynęła dopiero o 8.10. Rejs to jakieś 30 – 40 minut, a my przecież mamy kupione bilety na autobus do Kuala Lumpur odchodzący dokładnie o 9.00. Niby luz, jednak musimy jeszcze iść do biura podróży wymienić vouchery na bilety właściwe. Dopiero z biletami właściwymi możemy się udać na dworzec autobusowy, gdzie trzeba dokonać check-in’u. ‘Po bożemu’ powinniśmy się tam stawić 30 minut przed odjazdem, ale do tego akurat nikt nie przywiązuje aż takiej wagi. Tylko, że nawet na styk czasu mamy za mało. Cieszymy się jednak, że w ogóle przypłynęła. Są jeszcze nikłe szanse. Przecież w Azji wszystko się spóźnia… Nie tylko małe łodzie.

Niestety okazuje się, że wcale nie płyniemy prosto do Kuala Besut. Najpierw zwijamy jeszcze do każdej możliwej przystani, pobierając innych pasażerów, bądź wysadzając tych, co łodzią przypłynęli z lądu na wywczasy. Opłynęliśmy więc naszą wyspę dokładnie dookoła. 

Co więcej, popłynęliśmy jeszcze do dwóch portów wyspy Perhentian Besar! Tam trafiliśmy na wielodzietną, muzułmańską rodzinę, która miała ogromny problem, jak się usadzić. Kobiety nie chciały siedzieć obok mężczyzn, tym bardziej obcych, więc było tasowanie kobiety-dzieci-mężczyźni-dzieci-kobiety.

W rezultacie wysiedliśmy na przystani w Kuala Besut 3 minuty przed odjazdem autobusu. Szanse na nasz poranny odjazd oceniliśmy jako zerowe. I tu się dopiero zaczęło dziać.

Najpierw wyłapała nas z tłumu pani z obsługi portu, do której zadzwoniła obsługa naszego resortu, że mają nam zorganizować transport do biura podróży. Wsadziła nas do taksówki, przy której czekał też pan z biura podróży, którzy przyjechał na rowerze, upewnić się, czy dotrzemy i czy ma drukować dla nas bilety. Pan skrótami pojechał bilety wydrukować. Gdy podjechaliśmy taksówką wręczył je nam tylko przez szybę i pojechaliśmy czym prędzej dalej na terminal autobusowy. Tam trzeba było dokonać checki-inu, jednak pani poinformowała nas, że autobus odjechał i trzeba go gonić. Pan taksówkarz, bardzo przejęty rolą, starał się pruć jak Chołowczyc, jednak ruch na drodze temu nie sprzyjał. Dogoniliśmy autobus dopiero na kolejnym przystanku, jakieś kilkadziesiąt kilometrów dalej. Trzeba było widzieć dumę w oczach pana taksówkarza, jak wsadzał nas i nasze bagaże do autobusu. No to jednak wyruszyliśmy prawie zgodnie z planem do KL.

ALE… W Kuala Lumpur okazało się, że dworzec o nazwie Kuala Lumpur jest w remoncie. Wszystkie wejścia i wyjścia jedynie awaryjne, więc oznakowanie stałe nie ma racji bytu. Oznakowanie tymczasowe nie występuje. Zawiązaliśmy siły z tak samo zagubionymi jak my zachodnimi i wschodnimi turystami (Francja, Hiszpania, Japonia), jednak sojusz działał bardzo kulawo. Nie było lidera, błąkaliśmy się jak zagubione owieczki. Na dodatek każdy chciał dotrzeć w inne miejsce, byle po drugiej stronie torów.
Na domiar złego zarezerwowany hotel pisze, że jak się nie pojawimy w ciągu 30 minut (bo już byliśmy spóźnieni w stosunku do umówionego terminu) to anuluje naszą rezerwacje… Postanowiliśmy odłączyć się od błądzącej grupy i jakimś cudem odnaleźliśmy drogę. Do tej pory nie mam pojęcia jak to się stało.
Pokój czekał. Kolacja na China Town też czekała. 

Chyba sobie po prostu zasłużyliśmy na taki stres po czterech dniach leniuchowania na plaży.
Równowaga w przyrodzie widocznie musi być zachowana.
Grzybki (i nie tylko) z ulicznego BBQ jak zwykle obłędne!


Nasze losy z pobytu w Kuala Lumpur można śledzić TUTAJ.

Polecane książki

Zostaw odpowiedź: